piątek, 23 listopada 2018

Stanisława Lewicka uzdrowicielka z Bieszczad

Szeptucha leczy ogniem i modlitwą pełną żywej wiary 


UZDROWICIELKA Z PODKARPACIA

Stanisława Lewicka (84 l.) z Bieszczad, z Bojkowszczyzny na Podkarpaciu nie ma wątpliwości: dostała niezwykły dar od Boga i musi się nim dzielić. Dlatego ziołami, ogniem i modlitwą uzdrawia ludzi z różnych dolegliwości. W okolicy mówią na nią „szeptucha”. Ona sama woli słowo – uzdrowicielka. Jest tak skuteczna, że współpracę proponował jej nawet szpital! Nie lubi określenia szeptucha, woli znachorka ludzkich serc, bo według niej wszystkie choroby pochodzą ze stresu i zmartwień. 

Stanisława Lewicka z Bieszczad - cudowna uzdrowicielka, znachorka i szeptunka

Szeptucha z Podkarpacia leczy lepiej niż lekarze 


Pani Stanisława ze Średniej Wsi na Podkarpaciu nie skończyła wyższych szkół ani nie czytała naukowych książek. Wszystkiego nauczyła się od swojej mamy, która przed II wojną światową przyjmowała porody oraz uzdrawiała ludzi i zwierzęta. W biednej bieszczadzkiej wsi ona jedna potrafiła pomóc cierpiącym. 

– „Po śmierci mamy to ja zajęłam się wyciąganiem chorób” – opowiada znachorka znana jako szeptucha i wybitna uzdrowicielka. Uważa, że zdrowie można znaleźć na łące. Wystarczy tylko odszukać odpowiednie zioła. Leszczyną goi rany, rumiankiem łagodzi ból zębów czy głowy. Najczęściej stosuje jednak len i pszczeli wosk, który rozgrzewa i przykłada w bolące miejsce, w tym także na bolącą głowę. Jednym z poważnych schorzeń, z których uzdrowicielka wyleczyła setki chorych jest róża – bolesne zmiany skórne. Najwięcej ludzi przyjeżdża do niej właśnie z tym problemem. A pani Stanisława pali włókna lnu i przykłada rozgrzaną tkaninę na czerwone plamy. – „Po kilku zabiegach one zupełnie znikają” – mówi.

To właśnie w tej sprawie zgłosił się do niej szpital w Ustrzykach. Jednak o szczegółach ani znachorka, ani szpital rozmawiać nie chcą - cóż tajemnica lekarska. Pani Stanisława nie uzdrawia dla pieniędzy. – „Dostałam dar, mam obowiązek się nim dzielić” – mówi skromnie. Pani Stanisława za porady nie pobiera opłat, aczkolwiek wiele osób zostawia jakiś skromny datek - na len i zioła, i na zapałki. 


Życiowe motto Stanisławy Lewickiej brzmi - Bez Boga ani do proga. Uważa, że dar leczenia ludzi, który przekazała jej mama tak naprawdę pochodzi od siły wyższej. Pani Stanisława zna się na ziołach jak nikt inny. Rozpoznaje je po dotyku i zapachu, nie musi nawet patrzeć. Twierdzi, że zdrowie można znaleźć na łąkach trzeba tylko trochę wysiłku. I ostrożności, bo niechcący można sobie zaszkodzić. Najwięcej pacjentów przyjeżdża leczyć się z tak zwanej róży, czyli bolesnych zaczerwień ciała. Znachorka pali wówczas na chorym miejscu len. Niekiedy zabiegi powtarza po kilkanaście razy. Modli się wówczas do Matki Bożej. Pani Stanisława nie lubi być nazywana szeptuchą. Mówi, że jest znachorką, w znaczeniu tradycyjnym, znawczyni chorób. Za swoją pomoc nie pobiera opłat, a z pacjentami przyjaźni się od lat. Cieszy się tak dobrą renomą, że jeden z podkarpackich szpitali zaproponował jej współpracę, ale odmówiła, bo swój dar chce przekazać córce, a do tego trudno jej dojeżdżać do szpitala. Większość uzdrowicieli uzdrawia skutecznie w odpowiednich do tego miejscach, w tzw. gabinetach energetycznych czy szamańskich miejscach mocy, miejscach o dobrej uzdrowiskowej energii. 

Na pytanie z jakich schorzeń leczy - odpowiada: - Przywożą do mnie dzieci tuż po porodzie, by dobrze zawiązać pępek. Pojawiają się też kobiety, które długo do siebie nie mogą dojść po urodzeniu dziecka. Potrafię wyleczyć różne choroby skórne i każdą dolegliwość, z którą ktoś do mnie przychodzi. Wszystko, co złe, ustaje, z czego się cieszę. 

Szeptucha zdjęła uroki z prezydenta RP 


Wielu nie mogło już dłużej patrzeć na pasmo nieszczęść, które ciągnęły się za Bronisławem Komorowskim (63 lat). Nie mogła już na to patrzeć i jedna z najlepszych specjalistek w dziedzinie złych uroków. Słynna bieszczadzka szeptucha ruszyła na pomoc. Choć jest apolityczna – z dobroci serca postanowiła odczynić urok, który niczym czarne chmury kłębi się nad prezydencką głową. – Czasami wystarczy, że ktoś popatrzy na ciebie źle i nieszczęście gotowe. Dotyczy to zwłaszcza osób, które nie są nam życzliwe. Zła energia przechodzi na nas – tłumaczy uzdrowicielka. – Zły urok można rzucić świadomie albo i nieświadomie – dodaje. Jak wiadomo, niechętnych prezydentowi nie brakuje, ale na szczęście pani Lewicka – jak sama mówi – ma dar od Boga i potrafi zdejmować złe uroki. 

Znachorka zdejmuje uroki z Prezydenta RP - innym politykom też by się przydalo odczynianie

Jak szeptucha pozbywała się prezydenckiego pecha? Użyła sprawdzonych już metod. Najpierw, by ratować głowę państwa, spaliła len. Prezydent musiał mieć duży problem, bo – jak się dowiedzieliśmy – im większy płomień, tym groźniejszy urok! A ten ogień do najmniejszych nie należał… Kolejna część mistycznego rytuału to modlitwa. Jaka dokładnie? To już tajemnica szeptuchy. A kiedy obrzęd zacznie działać? Zaraz po rozstrzygnięciu wyborów, bo uzdrowicielka jest apolityczna i nikomu ani pomóc, ani przeszkodzić nie chce. 

Nie miał ten prezydent RP szczęścia, bo a to tramwaj, którym jedzie, wypada z torów, a to włącza się system przeciwpożarowy i sala, w której gości, spływa chemiczną cieczą. A to zawody żużlowe, na które się wybrał, okazują się kompletną klapą. A to w końcu budowa, na którą się wybrał, jest stworzona tylko dla niego... Czy to tylko nieszczęśliwe zbiegi okoliczności? A może to pech lub urok? Jeśli tak, to nie pomoże żaden lekarz, BOR ani inne służby. Tu może pomóc tylko odczynienie złych uroków! Komorowskiego prześladuje wielki pech

Tych nieszczęść przecież prezydent RP nie chciał, dzieją się niezależnie od niego i on sam nie ma nie najmniejszego wpływu. Nie ma co, to musi być albo potworny pech, albo zły urok! Trzeba to przyznać: do fartownych ta kampania Bronisława Komorowskiego (63 l.) nie należała. Wpadka goniła wpadkę. Prezydent wybierał się w Warszawie na Grand Prix na żużlu. I co? Klapa, ale przecież to nie jego wina, że z powodu złego stanu toru na Stadionie Narodowym zawody przerwano. Nie miał też wpływu na to, że zabytkowy tramwaj, w który wsiadł w Konstantynowie Łódzkim, się wykoleił. To też nie z jego winy zalało salę konferencyjną w Warszawie, gdzie spotkał się z przedsiębiorcami. Kilka dni wcześniej zaś Komorowski w najlepszej wierze pojechał do Inowrocławia obejrzeć budowę drogi szybkiego ruchu, na którą lokalna społeczność czeka od lat. Dopiero na miejscu się okazuje, że budowa rusza za trzy miesiące, a koparki i walec pozorujące pracę wzięto wyłącznie po to, by zrobić ładne tło konferencji. No ileż można mieć takiego pecha?!

Pani Stanisława Lewicka należy do rodziny od pokoleń pomagającej ludziom i zwierzętom. Żyje w małej osadzie w Bieszczadach, nie kończyła szkół – wszystkiego nauczyła się od swojej mamy, która jeszcze przed II wojną światową odbierała porody i leczyła potrzebujących. Początkowo pani Lewicka nie chciała iść w ślady mamy, ale kiedy ta zmarła, wszystko się zmieniło. Uzdrowicielka jest na tyle skuteczna, że współpracę zaproponował jej jeden z podkarpackich szpitali. Kobieta odmówiła, bo za swoją pomoc nie chce wynagrodzenia.

Leżąca koło Leska Średnia Wieś, wbrew nazwie, jest całkiem duża, a domy w niej porozrzucane. Stanisława Lewicka (84) nie ma telefonu. Mimo to nietrudno do niej trafić. Są takie dni, kiedy pod jej domem stoi po kilka lub kilkanaście samochodów, często z rejestracją odległych od Bieszczad zakątków Polski. Nie bardzo lubi, kiedy ludzie mówią o niej szeptucha czy znachorka. Owszem, ma dar pomagania w chorobach, ale pomaga tylko tym, którzy w to wierzą. W żadnym razie nie stara się zastępować lekarzy („Oni robią swoje, a ja swoje. I każdemu powtarzam: bierzesz leki na serce czy ciśnienie, które zapisał ci lekarz, to nie wolno ci przerywać kuracji”). Sama do lekarza wyśle, gdy uzna, że pomóc nie jest w stanie. 

Wchodzi się przez otwarte drzwi. Od progu czuć zapach wosku i woń palonego lnu. Na ścianach kilka obrazów Matki Boskiej. Wita nas szczupła, uśmiechnięta starsza pani. Często będzie się uśmiechać. – Ja tam ludziom jestem życzliwa, mimo że niektórzy nazywają mnie czarownicą. Wtedy jest mi przykro, bo nikogo w życiu nie ukrzywdziłam. Pochodzi z łemkowskiej rodziny. Jej mama nie skończyła ani jednej klasy, ale w okolicy słynęła jako znakomita akuszerka. Wołano ją i do porodów, i wtedy, gdy krowa nie mogła się ocielić. Na wszelakie dolegliwości miała swoje sposoby.

Ale skąd? – pytała mała Stasia. A mama niezmiennie odpowiadała, że od Boga. I że kiedyś we śnie przyszedł do niej dobrotliwy starzec i powiedział: „Masz pomagać ludziom i ich leczyć. A później przekazać te umiejętności swojej córce. Ona nawet będzie w tym lepsza niż ty!”. – Pamiętam, jak byłam dzieckiem, z dnia na dzień straciłam głos, przestałam mówić, nie chciałam jeść, wychodzić z domu – opowiada pani Stanisława. Mama przystawiła jej do ciała paręnaście pijawek. Dolegliwości po kilku dniach ustąpiły. Mama wytłumaczyła to w ten sposób: krew w ciele Stasi popsuła się i trzeba było to naprawić. – Mama nieustannie próbowała mnie zachęcać, bym robiła to, co i ona.

No to patrzyłam na te jej rytuały, ale zbytnio mnie do tego nie ciągnęło. Wszystko się zmieniło, kiedy mama zmarła. Wtedy poczułam, jakby mnie coś ciągnęło do leczenia ludzi. Jakiś taki wewnętrzny nakaz miałam. I jeszcze mama mi się przyśniła, dotknęła mego ramienia i rzekła: „Masz leczyć”. Tego już nie mogłam zlekceważyć. Pewności nabrała, gdy na nodze jej syna pojawiła się ogromna czerwona plama. Zastosowała podpatrzony u mamy rytuał. Powtarzała go wielokrotnie i plama zaczęła znikać. Bardzo żałuje, że nie nauczyła się od mamy rozpoznawania wszystkich ziół i stosowania ich w kuracjach. Nie potrafi też odbierać porodów. 

Od uroku można mieć ból głowy i drżenie rąk


Ostatnio pomagała kobiecie cierpiącej na tzw. różę bąblastą: zaczęło się od niewielkiego zaczerwienienia, a potem spuchła cała noga. Pani Stanisława zastosowała „palenie róży”. I będzie je jeszcze powtarzać. Zgadza się pokazać nam ten rytuał, ale zastrzega, że wielu sekretów nie może zdradzić, bo to niebezpieczne: i dla nas, i dla niej. Na stole kładzie kawałek lnianego płótna. Na nim starannie układa cienką warstwę uprzędzonego własnoręcznie lnu i podpala go. Gdy lniane pasma prawie się dopalają, przyciska je ręką i dokładnie gasi. Teraz lnianą tkaninę – stroną, na której palił się len – przykłada na chore miejsce. Z okładem trzeba siedzieć około 20 minut. A potem nie myć tego miejsca przynajmniej przez cały jeden dzień. Podczas tego „zabiegu” pani Stanisława szepce coś cichutko. Może się modli? Tego nam nie powie. Zdradzi tylko, że dla niej ważne jest, w jaki sposób pali się len. Czy płomień jest wysoki, czy niski. Od tego zależy, czy uda się właściwie zdiagnozować chorobę.

Czasem stosuje lanie wosku. Roztapia go, wylewa ostrożnie do rondelka i ten rondelek z woskiem przykłada do chorych miejsc. Wyjmuje wosk z rondelka i ogląda drugą stronę. Oględnie mówi, że ma tam wskazówki odnośnie choroby. Dalszych wyjaśnień odmawia. – Lanie wosku jest przydatne u ludzi, na których ktoś rzucił urok. Od niego można mieć ból głowy, drżenie kończyn i dziwny wewnętrzny niepokój. Często człowiek nie wie, że to od uroku. Bywa, że rzucający urok nie wie, że to zrobił. Wystarczy, że złośliwie spojrzał. Podobno prawdziwa szeptucha nie może z nikim obcym podzielić się swymi umiejętnościami. – Mam córkę i to jej będę przekazywać ten dar. O ile oczywiście zechce go przyjąć – mówi Stanisława Lewicka. Ma też pięć wnuczek. Wszystko zostanie więc w rodzinie. 

Trudno nauczyć się cudzego daru uzdrawiania o duchowej naturze. Można się wymodlić, aby dar uzdrawiania zstąpił na nas. Wedle tradycji wschodnich, dary uzdrawiania dzielą się na bardziej zamknięte, indywidualistyczne, niższe, pochodzące zwykle od duchów przodków którzy zajmowali się uzdrawianiem, szamaństwem lub leczeniem oraz na dary wyższe, charyzmatyczne, niebiańskie, pochodzące jak w uzdrawianiu chrześcijańskim ze sfery Wiecznej Światłości, z Ducha Świętego, z Nieskończonego Światła Duchowego (Bożego) z tak zwanej trzeciej boskiej sfery (od trzeciej osoby boskiej mówiąc trynitarnie).

LINKI: 


Uzdrawianie - warsztaty i treningi: 

Nauka starej sztuki uzdrawiania 



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza