niedziela, 21 czerwca 2026

Ojciec Jan Grande leczy ciała i dusze ludzi

Ojciec Jan Grande leczy ciała i dusze


Ojciec Grande - zakonnik ojców bonifratrów (Zakon Szpitalny Świętego Jana Bożego), posługujący w klasztorach we Wrocławiu i Legnicy, zielarz, dietetyk, znawca ludzkiego organizmu. Ojciec Grande zasłynął z poglądu, że naprawianie świata zaczyna się od kuchni. Dlatego tak niezwykle ważne jest to, co wkładamy do naszych garnków. Po powrocie do Polski skończył szkołę felczerską i wiele lat pracował w polskiej służbie zdrowia w PRL, między innymi w szpitalu zakaźnym leczącym chorych na gruźlicę. Sam Ojciec Jan Grande, jako dziecko chorował wiele lat na gruźlicę przewodu pokarmowego, a pierwsze jego doświadczenia z zakresu medycyny naturalnej, były próbami samoleczenia. Ojciec Jan Grande (urodzony jako Jerzy Majewski) był aktywny w Wrocławiu od połowy lat 90-tych  XX wieku (najpóźniej od 1995 roku, lub od około 1993 roku) do około 2005 roku, kiedy to przeniósł się do Legnicy. W Legnicy kontynuował posługę w Poradni Ziołolecznictwa przy klasztorze oo.  bonifratrów do czasu przejścia na emeryturę oraz śmierci w 2013 roku. Ojciec Jan Grande (właśc. Jerzy Majewski) wstąpił do Zakonu Braci Miłosierdzia (bonifratrów) w 1978 roku w Warszawie mając 44 lata, a potem przeniósł się do Wrocławia. 

Ojciec Jan Grande (Jerzy Majewski) - zakonnik i zielarz uzdrowiciel

Ojciec Jan Grande, człowiek z kresowymi genami, wierny sprawie polskiej na Wschodzie, tak naprawdę nazywał się Jerzy Majewski i urodził się w 1935 roku w Grodnie (niektórzy podają w 1934, ale to wedle kalendarza juliańskiego, w którym Nowy Rok 1935 wypadł 14 stycznia 1935 wedle kalendarza gregoriańskiego - stąd Jan Grande urodził się pomiędzy 1-14 stycznia 1935, gdyż tylko w tym czasie mógł się urodzić w 1934 roku kalendarza juliańskiego czyli prawosławnego). Podawana czasem data narodzin 18 grudnia 1934 jest w prawosławnym kalendarzu juliańskim, zatem zakonnik urodził się 1 stycznia 1935 roku wedle kalendarza gregoriańskiego. Jest synem zawodowego polskiego wojskowego i pochodzącej z zacnej rodziny greckich emigrantów matki (prawosławnej). Po wybuchu II wojny światowej został w ramach relokacji ludności wywieziony z matką i rodzeństwem z grupą Polaków na Syberię. W 1946 roku, 11-letni Jerzyk Majewski, mógł wraz z rodziną wrócić do odrodzonej Polski, świeżo wyzwolonej od hitlerowskiej okupacji niemiecko-austriackiej. Był wówczas już po tyfusie i cholerze, które ledwie przezył, a wlókł ze sobą do Polski gruźlicę jelit. Tak był fizycznie słaby, że kiedy wychodził na dwór, a powiał wiatr, to - jak wspominał po latach - zwyczajnie się przewracał, nie mógł ustać z wycieńczenia.

Ojciec Jan Grande do zakonu bonifratrów wstąpił już jako dojrzały, 44-letni mężczyzna. Był oblatem, a więc osobą świecką żyjącą w zakonie i według jego zasad, choć formalnie bez święceń zakonnych. Dlaczego wybrał tę wspólnotę? To proste, odpowiadał. Nie ma zakonu bardziej oddanego opiece nad chorymi. Nie ma też takiego, który miałby większe doświadczenie w ziołolecznictwie i niekonwencjonalnej medycynie. Bonifratrzy to ponad 400 lat tradycji ziołolecznictwa i lecznictwa tradycyjnego, w tym uzdrawiania duchowego (modły o uzdrowienie). Opowiadał nie tylko, że zamiast antybiotyku na przeziębienie lepsza będzie mikstura z czosnku, cebuli i cytryny, nie tylko dawał porady, jak gotować kaszę i herbatę, nie tylko tłumaczył, dlaczego nie powinno jeść się nabiału z mięsem. Podkreślał, jak istotne jest wspólne, rodzinne spożywanie posiłków, życie w zgodzie z naturą i własnym ciałem. Grande był nie tylko ziołolecznikiem, dietetykiem, niekonwencjonalnym medykiem. Był znawcą ludzkiej natury. Ludzie mu ufali, lgnęli do niego, czuli, że bije od niego jakieś ciepło. Ziołolecznictwa uczył się na Syberii, od szamanów syberyjskich, sam lecząc się z dziecięcej gruźlicy. Potem była wizyta w Tybecie i nauki u dostojnych Joginów-Lamów oraz Rimpoche.

W końcu jednak trafił do chrześcijańskiego klasztoru, o czym wspomina w wywiadach i biografiach. - Któregoś dnia w 1978 roku byłem przejazdem w Warszawie i stanął mi na drodze niewielki budynek klasztorny „dobrych braci”, boni fratrów, a przed nim na osmalonym krzyżu Jezus Chrystus z wyrwanym bokiem, kikutem zamiast ręki, ot, siedem nieszczęść. Wisiał tak, przypominając dramat już dość dawno minionej wojny - wspomina ojciec Jan Grande. Dziennikarska przygoda z ojcem Janem zaczęła się na początku lat 90-tych XX wieku, a jego wykłady na temat żywienia i pielęgnowania ludzkiego organizmu budziły ogromne zainteresowanie czytelników wielu gazet, w tym znanego wówczas Kuriera Lubelskiego. Łączny nakład licznych książek Ojca Grande z poradami kulinarnymi wyniósł do końca grudnia 2020 roku ponad 900 tysięcy egzemplarzy i ciągle rośnie. Pod drzwiami jego gabinetu w klasztorze Bonifratrów we Wrocławiu zawsze czekała kolejka ludzi. Chorych, zdrowych, ale zawsze też ciekawych porad słynnego zakonnika bonifraterskiego. Prawdziwy Uzdrowiciel i Szaman, znawca cudotwórczych receptur zielarskich i kulinarnych. Po śmierci rozpoczęły się modlitwy za duszę Ojca Jana Grande, a wiele osób utrzymuje, że żarliwe modlitwy za Jego duszę, łączone często z modłami o uzdrowienie kogoś z rodziny lub znajomych, powodowały cudowne uzdrowienia. Z czasem może doczekamy się duszy błogosławionej lub uświęconej charyzmatycznym darem uzdrawiania... 

- Blisko 40 lat życia, dopóki nie przeszedłem na klasztorną emeryturę, spędzałem w jeden i ten sam sposób: wstawałem o piątej rano, odmawiałem modlitwy i szedłem do chorych do szpitala, ośrodka pomocy społecznej czy też we Wrocławiu do mojego przyklasztornego gabinetu medycznego, gdzie już czekała na mnie kolejka potrzebujących pomocy i rady. Pracowałem do wieczora, bywało, że wychodząc z gabinetu tak byłem zmęczony, że przysypiałem - Panie Boże, odpuść! - przy odmawianiu brewiarza. A tu jeszcze czasem ktoś przyjeżdżał z daleka i dobijał się w środku nocy - opowiadał ojciec Jan Grande w swoich wspomnieniach biograficznych.

Śp. bonifrater ojciec Jan Grande pozostaje jednym z największych w powojennej Polsce autorytetów w dziedzinie poradnictwa żywieniowego, ziołolecznictwa i szeroko pojętej profilaktyki zdrowotnej.  Trudne doświadczenia zainspirowały go i wpłynęły na stworzenie oryginalnych rad, które podbijają serca czytelników. Ojciec Grande (prywatnie Jerzy Majewski) zesłany z rodziną, wojnę przeżył na Syberii na pograniczu mongolskich stepów Kirgizji. To właśnie tam, jak wielokrotnie zapewniał, pobierał pierwsze nauki ze zdrowego żywienia. O. Jan Grande wielokrotnie nawoływał do powrotu do tradycji w żywieniu. Inspiracją dla niego były także zaobserwowane u Mongołów i Kirgizów zwyczaje, dzięki którym mogli oni dożyć sędziwego wieku.

- Błogosławieństwem dla nas wszystkich, starych i młodych, oprócz codziennej dużej dawki mleka lub jego przetworów, jarzyn, kaszy gryczanej, grochu lub fasoli, cebuli, czosnku, miodu w miejsce cukru, dobrze zaparzonej herbaty, jest kapusta - głosił i obwieszczał ludziom w natchnieniu Ojciec Jan Grande.

Zakonnik uzdrowiciel zmarł we wtorek, w dniu Marsa, w dniu 9 kwietnia 2013 roku w Rzepinie pod drzwiami swojego domu. Zmarł w wieku 78 lat nagle, z powodu zatrzymania akcji serca. Przez lata Posługi Uzdrawiania pomógł tysiącom ludzi pielgrzymujących do niego po pomoc z całej Polski i wielu innych krajów. Tak zwany nagły zgon, bez męczarni, ciężkich chorób, bez udręki szpitalnej. Wielu ludzi na starość modli się o spokojną cichą śmierć, bez komplikacji i długiego konania. To się udało Ojcu Grande po przeżyciu tak zwanej podwójnej kosy, a to ładny wiek, jak się w służbie duchowej i religijnej zaliczy mistyczną granicę 77 lat życia. Ojciec Jan Grande przez lata służył swoją wiedzą i wsparciem tysiącom potrzebujących ludzi.

Pod drzwiami jego Gabinetu Uzdrawiania w klasztorze bonifratrów we Wrocławiu zawsze czekała kolejka ludzi szukających pomocy w cierpieniach. Chorych, ale też ciekawych słynnego zakonnika i jego porad zdrowotnych, przepisów kulinarnych i tego, co sądził o współczesnym życiu i jego coraz bardziej szalonym tempie. O.J.G. był orędownikiem powrotu do tradycji, dbałości o rodzinę i wartości kultury. Pamiętamy, jak w czasie jednego z wywiadów, narzekał, że współczesne Polki nie rozumieją i nie doceniają znaczenia wspólnych posiłków, ważnych i dla zdrowia, i dla budowy więzi rodzinnych. Był przeciwnikiem półproduktów i gotowego jedzenia ze sklepu. W głowie mu sie nie mieściło, że tak wiele gospodyń kupuje dzisiaj pierogi, zamiast robić je samemu. I był gorącym orędownikiem... jajek, jeszcze zanim świat nauki przyznał, że oskarżanie ich o wszelkie zło, miażdżycę i wywoływanie zawałów jest oględnie mówiąc, grubą przesadą. Ojciec Grande twierdził, że natura nie wymyśliła niczego lepszego od jajka. - jak może być złe, jeśli jest samym życiem - pytał retorycznie.

Za poradami Ojca Jana stał Jego trudny życiorys - wojenne dzieciństwo spędzone na Syberii, przywiezione stamtąd choroby, nędza lat powojennych na ziemiach odzyskanych, wielomiesięczne pobyty w szpitalach ratujące nadszarpnięte zdrowie, ciężka praca w ośrodkach pomocy społecznej i służby zdrowia na głuchej prowincji, wreszcie kilkadziesiąt lat poświęconych chorym w murach klasztornych. Garnęli się do Niego zwłaszcza ci, którym medycyna konwencjonalna niewiele już oferowała. Zakonnik nikomu nie obiecywał, że go uzdrowi, zastrzegał, że nie jest dyplomowanym lekarzem, obiecywał natomiast wzmocnienie organizmu, uruchomienie jego sił żywotnych i pokładów energii, które skutecznie wspierają proces leczenia. Każdy chory był dla Ojca Jana indywidualnym przypadkiem, odrębnym światem.

Ojciec Jan Grande, człowiek z kresowymi genami, tradycję miał we krwi, a do tego rewelacyjny zmysł psychologicznej i obyczajowej obserwacji oraz świetną pamięć. Przechowywał w niej jak w przepastnej szafie wszystko to, co dawne, sprawdzone przez pokolenia i służące ludzkiemu zdrowiu. Był samoukiem. Jego "uniwersytety" to stepy nad Irtyszem, powojenne polskie zdziczałe pogranicze zachodnie, praktykowanie modlitwy i ziołolecznictwa w klasztorze, no i rzeczywistość zsowietyzowanej PRL. Jak niegdyś franciszkanin o. Andrzej Klimuszko, tak i bonifrater Jan Grande stał się niekwestionowanym autorytetem w dziedzinie poradnictwa zdrowotnego, żywieniowego i ziołolecznictwa.

Dziennikarska przygoda z Ojcem Janem zaczęła się na początku lat 90-tych minionego XX wieku. Krążyły wówczas po kraju odbitki kserograficzne unikatowego wykładu na temat żywienia i pielęgnowania ludzkiego organizmu, jaki Ojciec Jan Grande wygłosił w Łodzi. Jedna z kopii dostała się w ręce dziennikarzy zajmujących się zdrowym życiem. Opublikowana w parafialnym miesięczniku "Zacheusz", piśmie parafii Podwyższenia Krzyża Świętegi w Gdyni Witominie, następnie w "Wieczorze Wybrzeża", budziła ogromne zainteresowanie wielu Czytelników. Odszukaliśmy jej autora we Wrocławiu, w klasztorze Bonifratrów i tak zaczęły się liczne sesje nagraniowe, których efekty w formie wywiadów ukazywały się najpierw w "Wieczorze Wybrzeża", a po jego likwidacji w "Dzienniku Bałtyckim". Po pewnym czasie złożyły się one na całość książkową. Pierwszy tomik "Ojca Grande przepisy na zdrowe życie" ukazał się staraniem wydawnictwa Prasa Bałtycka w 1995 roku, po nim ujrzały światło dzienne tomy drugi i trzeci. Porady nie mogły też nie ukazać się w "Gazecie Wrocławskiej" - wszak to we Wrocławiu Duchowy Ojciec Jan Grande spotykał się z ludźmi, w tym z wieloma wokół których narosły kontrowersje, ze środowiska Antrovis (Edward Mielnik), a także z liderami Kościoła Leczenia Duchem Świętym (Bogdan Kacmajor), reikowcami (Arkadiusz Lisiecki) i wielu innymi razem kojarzonymi lepiej jako Akademia Psychotroniki.

Zainteresowanie czytelników, w tym klubów radiestetów i bioterapeutów było i ciągle jest ogromne, łączny nakład licznych wznowień wyniósł do dnia odejścia Ojca Jana Grande ku Niebiosom ponad 900 tysięcy egzemplarzy. "Te książki rosną jak dobrze wypieczone bułki drożdżowe" - powiedział kiedyś ze zdziwieniem Duchowy Ojciec Jan Grande. Wszystkie trzy tomy zyskały popularność za granicą, gdzie niestety, z pominięciem praw autorskich, były po piracku wydane. Ojca Jana zasypywały listy od Polonusów z USA, Kanady, Australii, Alaski… Nasza współpraca i znajomość z Ojcem Janem Grande przekształciła się z czasem w prawdziwą przyjaźń. Wielki był to dla nas - dziennikarzy - zaszczyt - piszą szczególnie ci, którzy są związani także kierownictwem duchowym Ojca Jana Grande, które działało niejako równolegle do porad zdrowotnych i modlitw o uzdrowienie.

Ogromnym smutkiem napełniła nas wiadomość o śmierci Ojca Jana Grande, który miał wielu znajomych wśród środowisk związanych z uzdrawianiem duchowym i bioenergoterapią oraz zielarstwem czy ściślej ziołolecznictwem. Mimo Jego wieku była wielu całkowitym i wielkim zaskoczeniem, bo rozmawiali z Nim telefonicznie kilka dni wcześniej i Ojciec Jan Grande przyznawał, że po niedawnej chorobie czuje się lepiej i z nadzieją myśli o kolejnej wizycie w szpitalu, jaką zalecali Mu lekarze dla poprawy stanu serca. Jak zwykle sympatycznie żartował, dopytywał się o nasze zdrowie, przekazał kilka cennych rad związanych z domowym kurowaniem się z wiosennego przeziębienia. Przez myśl znajomym nie przeszło, że to ich ostatnia rozmowa, że już nie zobaczą się latem w Rzepinie - jak planowali - nawiązując do tradycji spotkań z Ojcem Janem Grande…

Za poradami Ojca Jana Grande stał Jego trudny życiorys - wojenne dzieciństwo spędzone na Syberii, przywiezione stamtąd choroby, nędza lat powojennych na ziemiach odzyskanych z zaboru hitlerowskiego, niemieckiego i austriackiego, wielomiesięczne pobyty w szpitalach ratujące nadszarpnięte zdrowie, ciężka praca w ośrodkach pomocy społecznej i służby zdrowia na głuchej prowincji, wreszcie kilkadziesiąt lat poświęconych chorym w murach klasztornych Bonifratów. Garnęli się do Niego zwłaszcza ci, którym medycyna konwencjonalna niewiele już oferowała. Zakonnik nikomu nie obiecywał, że go uzdrowi, zastrzegał, że nie jest dyplomowanym lekarzem, obiecywał natomiast wzmocnienie organizmu, uruchomienie jego sił żywotnych i pokładów energii, które skutecznie wspierają proces leczenia i samouzdrawiania. Każdy chory był dla Ojca Jana indywidualnym przypadkiem, odrębnym światem dla którego szukał realnej pomocy. Ojciec Jan Grande, człowiek z kresowymi genami, tradycję miał we krwi, a do tego rewelacyjny zmysł psychologicznej i obyczajowej obserwacji oraz świetną pamięć. Przechowywał w niej jak w przepastnej szafie wszystko to, co dawne, sprawdzone przez pokolenia i służące ludzkiemu zdrowiu. Był samoukiem, Jego "uniwersytety" to stepy nad Irtyszem, powojenne polskie zdziczałe pogranicze zachodnie, praktykowanie modlitwy i ziołolecznictwa w klasztorze bonifreterskim, no i rzeczywistość powojennej Polski Ludowej, realia PRL (Pe-eR-eL), który stał się dziesiątą potęgą gospodarczą świata.

Brat Jan z Dukli Ścieranka, sekretarz Prowincji Bonifratrów:

- Hipokrates mówił „Pokarm jest lekarstwem, a lekarstwo pokarmem”. Ale w XIX wieku zaczął się rozwój przemysłu chemicznego. Wynaleziono aspirynę, penicylinę. Człowieka to tak zafascynowało, że zapomniał o tym, co elementarne i naturalne. Teraz sobie to przypomina. Niektórzy mają już dosyć tabletek, chemii. Zamiast antybiotykiem przeziębienie wolą leczyć czosnkiem i miodem, a żeby zrobić sobie „wiosenny detoks” pójdą na łąkę, uzbierają pokrzywy, zrobią sałatkę oczyszczającą. Ojciec Grande „wbił się” w tę lukę, w rodzącą się w latach 90-tych XX wieku potrzebę, by znów być bliżej natury. Dodatkowo jego osoba - życzliwa, otwarta, wiarygodna - dołożyła swoje. Jak podkreśla brat Jan z Dukli Ścieranka, ojciec Grande miał też inne przemyślenia życiowe. Radził np. by raz w tygodniu iść do kina, żeby się rozerwać.

Podkreślał też, czasem w kąśliwy sposób, jak ważna jest rodzina i rola kobiety w domu. - Współczesne panie? Przemądrzałe toto, zarozumiałe... - mówił Jan Grande. - Otóż, niechby te nasze baby, każda jedna, wzięły sobie do serca, że dla rodziny znaczą tyle co minister zdrowia, a ich kuchnie są zakładami leczniczo-farmaceutycznymi, w których przygotowuje się życiodajne potrawy - mówił na wielu różnych spotkaniach.

Zdrowie i życie według Duchowego Ojca Jana Grande


Ojciec Jan Grande promował prostą kuchnię opartą na lokalnych, sezonowych produktach. Zalecał spożywanie kiszonek, kiełków (źródło sulfurofanu), warzyw krzyżowych (kapusta, brokuły) oraz picie dużej ilości wody w celu wypłukiwania toksyn. Krytykował żywność wysokoprzetworzoną, sztuczne przyprawy (np. glutaminian sodu) i margarynę, stawiając na tradycyjne masło i naturalne przyprawy jak lubczyk czy gorczyca. W swojej praktyce we Wrocławiu i Legnicy wykorzystywał mieszanki ziołowe, nalewki i balsamy, często oparte na recepturach medycyny chińskiej i andyjskiej. Szczególnie ceniono jego porady w zakresie wspomagania leczenia wątroby i chorób przewlekłych. Podkreślał rolę ruchu (codzienne spacery niezależnie od pogody) oraz higieny psychicznej, wskazując, że stres jest głównym źródłem chorób cywilizacyjnych. Największy wpływ na społeczną świadomość zdrowotną w Polsce miały książki spisane przez dziennikarzy Marzenę i Tadeusza Woźniaków na podstawie rozmów z bobifraterskim zakonikiem. Seria „Ojca Grande przepisy na zdrowe życie” (wydana w trzech tomach, a później w wydaniach zbiorczych) osiągnęła łączny nakład przekraczający milion egzemplarzy i spowodowała wielki napływ pielgrzymów do Wrocławia. Książki te, zawierające nie tylko przepisy kulinarne, ale i wspomnienia z Syberii („Syberyjska poniewierka”) oraz odpowiedzi na listy czytelników, stały się bestsellerami, trafiając również do Polonii na całym świecie. Ojciec Jan Grande do końca życia przyjmował pacjentów w klasztornych poradniach, a jego ziołowe specyfiki nadal są dostępne w aptekach prowadzonych przez ojców bonifratrów. W zakonnych aptekach Bonifratrów można kupić mieszanki ziołowe, balsamy, nalewki i proszki zalecane przez zakonników, a także inne produkty naturalne medycyny chińskiej, czy andyjskiej. Zioła Bonifratrów, są skuteczne w wspomaganiu leczenia wątroby mogę zaświadczyć na podstawie własnego oraz doświadczenia innych, niejednokrotnie potwierdzonego badaniami lekarskimi.

Na spotkaniach z Ojcem Jenem Grande, w sprawie publikacji jego zaleceń na zdrowe życie, nie sposób było tego uzdrowiciela nie polubić. Bije od niego taka aura życzliwości, dobroci i chęci pomocy innym, że sama z nim rozmowa i przebywanie wydają się już leczyć czy ściślej uzdrawiać, tak duchowo jak i fizycznie. Człowiek ten przeplata zalecenia zdrowego odżywiania się z dobrymi żartami, tryska poczuciem dobrego humoru. Warunkiem publikacji miało być nie zalecanie nikomu jedzenia dziennie sześciu jajek kurzych. Wynikało to z błędów, jakie wdarły się w druk jednej z wcześniejszych publikacji, gdzie Ojciec Jan  Grande zalecał jedzenie takich ilości jaj w tygodniu, a nie dziennie, co daje po jednym jajku dziennie i dzień przerwy.

Ojciec Jan Grande wyznaje naukę dawnej szkoły wschodnich rubieży, gdzie ludzie byli zdrowi, silni i rzadko chorowali. Według jego opinii i porad zmieniłem kilkanaście przyzwyczajeń dotyczących żywienia, które wcześniej sprawdziłem w oparciu o badania naukowe i udowodnione tezy. Od czasu rozmów telefonicznych z Ojcem Janem Grande nie używam cukru, do słodzenia kawy i herbaty. Za namową Ojca Jana Grandego nie zaparzam już herbaty, tylko gotuje ją, a uzyskaną esencję zalewam wrzątkiem. Uzyskana w ten sposób herbata ma wiele właściwości leczniczych, jest znacznie lepsza dla zdrowia. Usunąłem ze swojego jadłospisu pewne rzeczy, jak margaryny, nawet na nich nie smażę, używam tylko wysokiej klasy olejów, rzadziej tłuszczy zwierzęcych. Ojciec Jan Grande jest wspaniałym nauczycielem życia i zdrowia, wskazuje na proste rzeczy, błędy jakie popełniamy w naszym codziennym żywieniu. Jak na przykład sposób obierania i gotowania ziemniaków. Takie proste, podstawowe posunięcia mogą niejednokrotnie poprawić stan naszego zdrowia i samopoczucia. Sposób przyrządzania potraw przedstawiał Ojciec Jan Grande w broszurach-poradnikach, w tym w dodatku do „Gazety Wrocławskiej” oraz "Kuriera Lubelskiego", a także na łamach swych książek, pod tytułem: „Ojca Grande przepisy na zdrowe życie.” Pierwsza jego książeczka sprzedana została w ilości przekraczającej 400 tysięcy egzemplarzy. Niedawno to samo wydawnictwo wydało jej drugą część, która cieszy się coraz większym zainteresowaniem czytelników. Pisze on w nich o dobroczynnym działaniu takich prostych produktów naturalnych, jak jajka, marchew, cebula, czosnek, pietruszka, przyprawy korzenne, o złych nawykach jakie zagnieździły się w naszych domach i kuchniach, przez co nasze społeczeństwo jest schorowane, szybko się starzeje, przedwcześnie umiera (nie licząc poważnych katastrof klimatycznych czy epidemii chorób ciężkich)…

Ojciec Jan Grande, a właściwie Jerzy Majewski, lubił mawiać tak: Bóg (El, Elohim), nasz Stwórca (JHWH), zaprogramował nas na przeżycie na tej Ziemi 120 lat. Tylko od nas zależy - od tego, jak żyjemy, co, kiedy i z kim jemy- czy osiągniemy tak piękny wiek. Rzeczywiście, wiek dla ludzi pokoleń następujących po Proroku Noe jaki jest przewidziany dla ludzi to maksymalnie 120 lat. Samemu bonifratrze Ojcu Janowi Grande nie udało się pożyć tak długo, tylko 78 lat. Przeżył prawie 79 lat, ale też życie, akurat Jego, potraktowało wyjątkowo brutalnie: zesłanie na Syberię wraz z rodzicami, potem tułaczka po świecie, zmaganie się z chorobami, których nabawił się jeszcze w dzieciństwie, w końcu życie zakonne.

Urodził się w 1934 roku (niektórzy podają rok 1935m, zależnie od tego czy liczą datę w kalendarzu prawosławnym juliańskim czy w gregoriańskim katolickim), w Grodnie. Wojnę spędził z rodzicami, na dalekiej Syberii. To tam, jako dziecko - co potem wielokrotnie podkreślał - pobierał pierwsze nauki ziołolecznictwa, zasad dobrego odżywiania i zdrowego stylu życia, całej niekonwencjonalnej medycyny tradycyjnej. Jako dziecko cierpiał na ostrą odmianę gruźlicy i dlatego testował na sobie różne formy leczenia oraz uzdrawiania. Był swoim pierwszym pacjentem. Mówił: "Był XX wiek, ale ludzie żyli tam jak dwa stulecia wcześniej. Byli silni, zdrowi, nie chorowali. Nierzadko spotykałem tam długowiecznych mieszkańców." Potem zasad niekonwencjonalnej medycyny uczył się jeszcze w Petersburgu oraz w Tybecie, gdzie miał kontakt z wieloma Lamami i Rimpoche oraz wybitnymi Joginami, a także zachęcił się do życia klasztornego. 

Ojciec Jan Grande (Jerzy Majewski) - uzdrowiciel, zielarz, zakonnik ojców bonifratrów

Idealny jadłospis składał się, według ojca Grande, z prostych i zwyczajnych produktów. Wystarczy chleb, miód i mleko. Ojciec Grande twierdził, że natura nie wymyśliła niczego lepszego od jajka. Nie przejmował się oskarżaniem ich o wszelkie zło, miażdżycę i wywoływanie zawałów. - Jak może być złe, jeśli jest samym życiem? - pytał retorycznie.

Polecał również spożywanie dziennie co najmniej sześć szklanek czystej, niegotowanej wody wprost z kranu. - Obmyje ona organizm od wewnątrz, oczyści go i nawilży. Możemy ją pić bez żadnych obaw dla zdrowia, a także dla urody, bo nawilżona skóra wolniej się starzeje - tłumaczył.

Podkreślał znaczenie wspólnych posiłków, ponieważ są ważne dla zdrowia i dla więzi rodzinnych. Nie uznawał półproduktów i gotowego jedzenia ze sklepu.

Ojciec Grande był orędownikiem postów i wszelkich diet ograniczających. Powtarzał, że jak dotąd niczego innego, sensownego nie wymyślono w tym względzie.

- Dłuższy post, na przykład ten poprzedzający święta, oczyści organizm. Mniejsza ilość dostarczanego z zewnątrz pożywienia spowoduje, że uruchomione zostanie odżywianie wewnętrzne spalające złogi, toksyny, obumarłe lub chore komórki, zgromadzone zapasy tłuszczu. W ten sposób można pomóc wyleczyć niejedną chorobę - wyjaśniał.

Uważał, że przez miliony lat człowiek tak dobierał pożywienie, by było w nim to, co potrzebne do wzrostu organizmu i jego odnawiania. W naszym pożywieniu występować muszą składniki, z których sami jesteśmy zbudowani, a jeśli coś się psuje i zaczynamy chorować, to znak, że zachwiana została pierwotna równowaga tych elementów.

Jeśli nie zwrócimy uwagi na to, co kładziemy do garnka, nie ma mowy, abyśmy mieli szansę wrócić do normalnego samopoczucia. By wrócić do zdrowia, należy zweryfikować swoją dietę.

Na przykład, w grochu i fasoli znajduje się źródło magnezu, kobaltu, żelaza na choroby reumatyczne, kamice nerkowe, migreny, łamanie w kościach, bezsenność albo zapalenie pęcherza. Dlatego dziwne, że dzisiaj w polskich domach rzadko trafiają na stoły fasolówka czy grochówka.

Inną potrawą, która bezwzględnie powinna pojawiać się częściej na naszych stołach, jest kasza gryczana, dostarczycielka krzemu. Bez tego zwiększa się ryzyko zawału serca, wylewu krwi do mózgu, żylaków i hemoroidów. Dodatkowo posiada całe pokłady rutyny, od której zależy stan naszych żył i tętnic.

Prawdziwym błogosławieństwem dla nas wszystkich powinna być najzwyklejsza biała kapusta: kwaśna albo też surowa. Dostarcza ona organizmowi wielkiej ilości żelaza, odkwasza lekko krwiobieg, wzmacnia krwinki czerwone, chroni przed wszelkiego rodzaju stanami zapalnymi, wrzodami żołądka i dwunastnicy.

Liście kapusty, które zmiażdżone są butelką lub wałkiem (mają puścić sok), można stosować jako okłady przy wszelkich urazach zewnętrznych. Rozmiękczają w ten sposób ciało, wyciągając z niego substancje toksyczne i w efekcie likwidując stan zapalny.

Kilka fragmentów z poradnictwa Ojca Jana Grande


Kasza gryczana

Dodam, że nie piszemy tutaj o kaszy gryczanej w woreczkach foliowych, których nie polecamy, a jeżeli w naszych domach nie ma już innej, luźno pakowanej gryki, to przed gotowaniem wysypmy ją z tej folii do garnka, a folię wyrzućmy przed gotowaniem, a nie po. Kasza gryczana gotowana na mleku i podsuszona smakuje wyśmienicie, sam próbowałem i smakuje zupełnie inaczej, niż ta gotowana na wodzie. Wyprażona dodatkowo na maśle i znów podsuszona, zimna smakuje jak ziarenka słonecznika, albo i lepiej. Pod koniec posiłku, palcami wybierałem z talerza pojedyncze nasionka gryki i delektowałem się nowymi doznaniami smakowymi.

„Kasza gryczana jest głównym dostarczycielem krzemu, w dzisiejszej dobie, gdy rośliny wyrastają w glebach nisko krzemowych, a nasza woda zasypana chlorem, który ją zmiękcza i zabija jej życiodajność. Czym jest krzem dla naszych organizmów? Otóż nikogo nie strasząc, brak krzemu jest powodem zawałów serca, wylewów krwi do mózgu, żylaków, w tym hemoroidów, krwawieniem dziąseł, chorób kości i stawów, wypadaniem włosów, łamliwością paznokci, zmęczeniem. Kasza gryczana zawiera kilkadziesiąt procent krzemu, nie ruszy jej ani robak, ani mysz, taka jest twarda.

Jest jak małe kamyczki budujące nasz organizm. Zawiera całe pokłady rutyny, od której w dużym stopniu zależy stan naszych arterii, czyli żył i tętnic.Pan Bóg z krzemu zbudował nasze kości, zęby, arterie, usztywnił dziąsła, wzmocnił włosy. Zastanówmy się teraz jak często gości w naszych kuchniach i na naszych stołach kasza gryczana. Nawet przemysł farmaceutyczny docenia i wykorzystuje właściwości kaszy gryczanej w produkcji leków przeciw żylakom, hemoroidom, kłopotom krążeniowym, miażdżycy.Nasze babki nie miały takich kłopotów krążeniowych jak my, bo nieco częściej sięgały po kaszę gryczaną, to jeszcze uzupełniały niedobór krzemu pyszną wodą krzemionkową wprost ze studni.

Kasza od wieków była podstawowym daniem w Europie i Azji. W Polsce pojawiła się za sprawą Tatarów w XIII wieku, a na południu Polski nadal nazywa się ją niekiedy Tatarką. Tatarzy mieli własny przepis na gotowanie kaszy, taką podsuszoną, trzymali w sajdakach, przy siodle. Zajadli taką kaszę, co rusz sięgając do worka. Taki Tatar jak doznał ran jakiś w potyczkach, to skóra się na nim goiła, jak na psie. A wytrzymali byli tak, że bez trudu pokonywali tysiące kilometrów w siodle. Powtarzam, że to, co najlepsze w naszej kuchni, nie wymaga wcale żadnego wynalazku, wymaga jedynie przewietrzenia pamięci. Kasze są tanie, treściwe i zdrowe.”

Groch i fasola

Jak by się mogło zdawać groch i fasola są ciężkostrawnymi, powodującymi wzdęcia roślinami, których wiele osób z problemami gastrycznymi, a także ludzi starszych, unika. Wyrzucając ze swojego jadłospisu zupę fasolową i grochową, powodujemy, że pozbawiamy się cennych składników odżywczych, przede wszystkim łatwo przyswajalnych roślinnych białek. Nasiona strączkowe, wg przepisu O. Jana nie powinny powodować żadnych, nieciekawych przygód gastrycznych. Dla chorych na schorzenia wątroby wydawać by się mogło, że groch, fasola, czy produkty z soi nie są wskazane, a wręcz zakazane, czy jednak na pewno? Wiadomym faktem jest, że w przypadku Hepatitis C dieta jest sprawą bardzo indywidualną, może więc jednak warto spróbować zacząć spożywać te energetyczne rośliny, które nas wzmocnią w czasie choroby? Może okaże się, że odpowiednie ich przyrządzenie może pozwolić nam na ich dodanie do naszych diet?

„W fasoli i grochu jest cała masa magnezu, żelaza, kobaltu, błonnika, żółtego fosforu . Obecnie rzadko spotykane są potrawy z tych nasion strączkowych, dawniej szykowano na zimę po worku fasoli i grochu, które łatwo było przechowywać.

Dodatek kminku do gotowanej fasoli, załatwi wszelkie niedogodności gastryczne, jakie może powodować ta roślina, warto ją przed gotowaniem sparzyć wrzątkiem przez kwadrans. Fasole należy gotować w tej samej wodzie, w której się moczyła, bez dodatku mięsa, bez soli, dodając szczyptę kminku, już w czasie sparzania. Taką fasolę możemy użyć następnie, jako składnik zupy jarzynowej, z dodatkiem czosnku, pieprzu, łyżką masła i odrobiną majeranku. Z fasoli można robić wiele potraw, jako farsz do pierożków, jest wyśmienita !”

„Groch żółty jest podstawowym daniem w wojsku, gdzie z ciamajdy robią prawdziwych mężczyzn. Groch jest zdrowy, ale tylko ten nie łuskany zawiera całe bogactwo minerałów i błonnika. Regularne jedzenie grochu raz w tygodniu zapobiega chorobom reumatycznym, jest to udowodnione. Groch gotujemy jak fasolę, z dodatkiem szczypty kminku i następnie z gotowego półfabrykatu, który może sobie stać z odrobiną masła w lodówce, dodając kiełbaskę chudą, tymianek, ziemniaki, otrzymujemy pyszną grochówkę. Łatwo strawną i pożywną. Groch ma także właściwości antydepresyjne i antycukrzycowe. Gdy kiedyś na polu nasz prapradziadek kosił całymi dniami ręcznie zboże za pomocą kosy. Wychodził na pole o 3-00 nad ranem, wracał po zachodzie słońca, nasza praprababka w tym czasie zgotowała na obiad pyszny groch z kapusta i mięsem, wszyscy mieli dość energii, by kosić zboże jak obecnie kombajny. Żółty fosfor obecny w obu roślinach działa przeciwreumatycznie, zapobiega kamicom nerkowym i wątrobowym, utracie odporności, bezsenności, bólom migrenowym, odkładaniem się kwasu moczowego w stawach (dna), zapaleniu pęcherza moczowego Rośliny te są także bogate w błonnik, co powoduje dobre oczyszczanie jelit i regulacje wypróżniania.”

Herbata

W naszych domach w Polsce zadomowiła się herbata. W większości domów zachodniej Europy rzadko kiedy można spotkać czarną herbatę, no może za wyjątkiem Wielkiej Brytanii, gdzie picie jej stanowi tradycję narodową. I u nas picie herbaty jest obyczajem narodowym, powoli dopiero wypieranym przez picie kawy, (np. przy śniadaniu). Jednak pomimo rozpowszechnienia obyczaju picia herbat, pomimo, że każdy z nas potrafi nawet odróżnić niektóre gatunki, lub wskazać ich pochodzenie, albo opisać ich smak, nie potrafimy niestety jej przyrządzać. Oto co mówi Ojciec Jan Grande, zakonnik Bonifratrów, na temat herbaty:

„Herbata jeśli ją dobrze i mocno zaparzymy zabezpieczyć nas może przed wieloma chorobami, w tym: serca, krążenia, zapaleniami śluzówek, a nawet przed grypą, czy niewydolnością mózgu. Ekspertami w zaparzaniu herbaty są ludy dalekiego wschodu. Herbate zaparza się tam, jak i w Rosji gotując esencję herbacianą, na samowarach. Tym czasem w Polsce uważa się, że nie należy gotować herbaty. To jest błąd. Herbata dopiero w temperaturze 100 stopni Celsjusza zaczyna „być sobą”, uaktywniają się garbniki, działające odkażająco i ściągająco (na wschodzie esencja herbaciana stosowana jest do odkażania ran). Gotowana herbata jest bogata w witaminy B1 i B6, zapobiegające otyłości, w purynę i rutynę, która uelastycznia naczynia krwionośne. Do gotowania esencji używamy osobnego, wyparzonego czajniczka, suchą herbatę zalewamy w nim wodą, doprowadzamy do wrzenia, gotujemy dwie minuty. Następnie odstawiamy na pół godziny, aby esencja po ugotowaniu dobrze naciągnęła. Picie herbaty z cytryną, to kolejny błąd, który popełniamy. Dlaczego nie powinniśmy dodawać do herbaty cytryny? Ponieważ wytrąca ona minimalne ilości glinu (aluminium), zawartego w płatkach herbacianych, a pierwiastek ten jest szkodliwy dla organizmu.”

(Naukowo wiemy, że nie należy do fusów herbaty, szczególnie gotowanej dodawać cytryny, a do parzonej generalnie tylko niewielką ilość, kilka kropli, a nie pół czy całą cytrynę. Reakcja wytrącania cytrynianu glinu najbardziej zachodzi gdy sok z cytryny trafia na fusy herbaciane, zatem najpierw parzymy herbatę, potem usuwamy fuzy i torebki z fusami, a jak napar nieco przestygnie, dodajemy kilka kropel soku cytrynowego. Nawet przy błędnym przygotowaniu, dawki glinu wchłonięte z jednej filiżanki są znikome i nie stwarzają realnego zagrożenia dla zdrowia przy umiarkowanym spożyciu.)...

Ziemniaki

Drugim specjałem naszej narodowej kuchni polskiej są gotowane ziemniaki, które jemy chyba najczęściej, jako główny składnik „drugiego dania” w naszych obiadach. Okazuje się, że jednak i tu przy przygotowani i samym gotowaniu ziemniaków, popełniamy wiele błędów, na które wskazuje O. Jan Grande:

„Żydówka, jak przyniesie z piwnicy ziemniaki, to najpierw je porządnie wyszczotkuje, wymyje dokładnie pod bieżącą wodą, obiera tak cieniutko, że skórka jest przeźroczysta. Okazuje się, że tuż pod nią są całe pokłady potasu, sodu, magnezu, kobaltu, żelaza, tych pierwiastków, których nam ciągle brakuje. Po obraniu przepłucze, wrzuci do czystego „koszernego” garnka, tylko do ziemniaków przeznaczonego, zapełnia go do połowy. Ile osób w domu, tyle główek cebuli przekroi na 4 i włoży na wierzch, wsypie zdziebełeczko kminku, doda dużą łyżkę masła, wleje dwie szklanki mleka, doleje wrzącej wody. Zalewa nią ziemniaki tylko do połowy garnka, druga połowa musi być pary. Przykrywa przykrywką i na dobrym ogniu szybko gotuje. Stwierdzi, że miękkie, posoli, chwile jeszcze pogotuje. Do czystego glinianego garnka wyleje wywar, a ziemniaki na półmisek – są już z masłem, kminkiem, cebulą – zapach niesamowity – posypie tylko zielonym, posiekanym szczypiorkiem. I nie trzeba już niczym przyprawiać. Są wyśmienite, nawet bez mięsa. Natomiast do wywaru z ziemniaków Żydówka dolewa 2/3 zimnego mleka, wsypie posiekaną rzeżuchę lub szczypiorek i podaje zamiast polskiego kompotu z rozbitego dżemu, który nie ma żadnych wartości.”

Kefir

W niewielu tylko domach pije się systematycznie kefir, ja osobiście przyznam się, że czasami mam pewne kłopoty z odróżnieniem kefiru, od jogurtu naturalnego, czy też maślanki, prawdą jest też, że produkty współczesne, z mleczarni tracą smak, właściwości, jakie powinny mieć, dane przetwory mleczne. Pewne rzeczy są po prostu zatracane. Ojciec Jan Grande podaje nam wspaniały sposób na przygotowanie we własnych kuchniach „swojskiego kefiru”.

„Kefir to nietypowe mleko. Nazywa się tak od nazwiska francuskiego uczonego, który był w Tybecie w XIX wieku i tam u Mongołów podpatrzył jak zeskrobywali ze ściany dziwny śluz, dodawali do mleka, które szybko się zsiadało i miało specyficzny smak. Zauważył, że po tym mleku świetnie czuje się jego przewód pokarmowy. Wrócił do Francji, zbadał przywiezioną substancję pod mikroskopem i okazało się, że jest to rodzaj grzyba naskalnego. Grzybki Kefira zakwaszające mleko, polują na bakterie, a ponieważ odżywiają się bakteriami gnilnymi, oczyszczają mleko z wszelakich brudów. Poza tym wytwarzają kwas mlekowy, chemicznie odwrotnie złożony, który z naszych organizmów nawet trupi jad rakowy usuwa. Jeżeli ktoś choruje na raka i pije trzy razy dziennie po pełnej szklance kefiru, to ma o połowę mniej toksyn rakowych w swoim krwioobiegu. Grzybki Kefira robią w naszym żołądku, w kiszkach, to, co robiły w garnku mleka – polują na bakterie. Wymordują je tak dokładnie, że nie pozostaje ani jedno szkodliwe paskudztwo. Dlatego w każdym domu powinien być osobny garnek do zakwaszania kefiru. Wczorajszym kefirem – jutrzejszy. Oto jak go szykujemy:
Litr mleka trzeba gotować na wolnym ogniu pół godziny, żeby trochę odparowało, postawić do ostudzenia w ciemnym miejscu. Do chłodnego już mleka wlać szklankę kefiru, przykryć pokrywką, postawić w ciepłym miejscu i na drugi dzień kefir gotowy. Można przy okazji sprawdzić stopień zanieczyszczenia mleka. Grzybki Kefira nie rozwiną się w środowisku zabrudzonym chemią. Po prostu mleko wzburzy się i ucieknie z garnka.”

O. Jan Grande (Jerzy Majewski) – zakonnik Bonifratrów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz